Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz recenzyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egzemplarz recenzyjny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2017

Głód miłości - Natalia Nowak - Lewandowska

Obezwładniająca miłość, stabilna niestabilność.

Autor: Natalia Nowak – Lewandowska
Tytuł: Głód miłości
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2017 (październik)
Stron: 320
ISBN: 978-83-7674-646-3
Moja ocena: 6/6


A ona tylko chciała akceptacji i miłości. Obezwładniającej, parzącej przy każdym dotyku, pozbawiającej tchu, niosącej siłę do walki z codziennością.



Natalia Nowak-Lewandowska debiutowała w tym roku powieścią „Pozorność”, którą miałam przyjemność przeczytać tuż po jej premierze. Autorka zachwyciła mnie swoim sposobem pisania i tematyką, którą podejmuje w swoich książkach. Z niecierpliwością czekałam na kolejne jej dzieło. W październiku nakładem Wydawnictwa Replika ukazała się książka „Głód miłości”.

Tym razem pani Natalia przybliża nam, dzięki głównej bohaterce, problem osób cierpiących na zaburzenia osobowości z pogranicza czyli osobowość typu borderline. Termin ten został wprowadzony w celu określenia osób, których zaburzenia psychiczne mieściły się pomiędzy zaburzeniami psychotycznymi a zaburzenia neurotycznymi. Osoby te charakteryzuje zmienny stan emocjonalny, ale jednocześnie będący stabilnym (stabilna niestabilność). Cechą charakterystyczną dla osobowości typu borderline jest niezwykłe pragnienie bardzo bliskiej, wyłącznej relacji z drugą osobą. Jednocześnie osoba ta boi się, że zostanie porzucona lub „pochłonięta” przez tą osobę. Często choroba ta prowadzi do prób samobójczych, samookaleczeń czy urojeń prześladowczych. Innymi objawami mogą być napady paniki, silna depresja, natręctwa czy choroby somatyczne.
Jak widać temat bardzo trudny. Ja osobiście po raz pierwszy słyszałam o takiej chorobie, a jak wykazują badania nie jest ona wcale aż tak rzadka. Występuję u ok. 2,8% społeczeństwa europejskiego i częściej dotyczy kobiet.

Bardzo się cieszę, że autorka podjęła właśnie ten temat, bo o chorobach psychicznych w naszym społeczeństwie ciągle mówi się zbyt mało i niewiele wiemy na ich temat. A przecież tacy ludzie żyją pośród nas i często nie rozumiemy z jakimi problemami się one borykają na codzień. 
Przejdźmy więc do samej powieści.

Dawid Paliszewski jest wziętym adwokatem, prowadzi swoją kancelarię i wygrywa wiele spraw. W jego życiu osobistym nie ma czasu na trwałe związki. Przelotne spotkania z kobietami, ale żadnych konkretnych propozycji czy prawdziwego uczucia. Sytuacja zmienia się, gdy w drodze do swoich przyjaciół pod jego kołami ląduje atrakcyjna kobieta – Marta. Okazuje się, że obrażenia są na tyle duże, iż dziewczyna musi pozostać w szpitalu i przejść operację nogi. Dawid często odwiedza pacjentkę i zaczyna ją poznawać coraz lepiej. Marta wzbudza w nim nieodkryte do tej pory uczucia, jednak również go niepokoi.

Nigdy nie lubił okazywania uczuć, co zresztą bardzo przydawało się w jego zawodzie. A teraz odkrył przed przyjaciółmi swoje emocje, które były dla niego nowością, których się nie spodziewał i na które zupełnie nie miał ochoty. Pojawiły się równie nagle, jak Marta pojawiła się przed maską jego samochodu. Pojawiły się i rozpanoszyły bezpardonowo, wprowadzając zamieszanie w jego uporządkowane życie.” s.26

Mężczyzna odnosi wrażenie, jakby ona skrywała jakąś tajemnice. Jej zachowania momentami zaskakują Dawida.

Kobieta niewątpliwie stanowiła podniecającą zagadkę, ale miał również przeczucie, że za jej tajemniczością kryje się coś więcej, niż tylko nieśmiałość czy wycofanie. Było w niej coś dziwnego, chwilami miał wrażenie, że wręcz niebezpiecznego. […] Marta była zbyt eteryczna, zbyt wyciszona, żeby stanowić zagrożenie.” s.28

W pewnym momencie nie ma już odwrotu. Dawid wie, że kocha Martę, ale czy dane mu będzie być z dziewczyną na dobre i na złe? Czy ona podziela jego uczucia?

Spojrzał w jej oczy i dokładnie w tym momencie zdał sobie sprawę, że ta kobieta ma nad nim jakąś niewyobrażalną władzę. Nigdy żadnej nie ulegał, to on stawiał warunki, to on decydował, a tym razem było inaczej. Nie umiał, właściwie to nawet nie chciał być stanowczy.” s.65

Marta Śliwińska ma przykre doświadczenia z mężczyznami. Każdy z nich, kiedy poznawał jej chorobę odsuwał się, nie potrafił zaakceptować jej takiej jaka jest – jej osobowości z pogranicza. Bała się zaangażować w kolejny związek, ale Dawid był taki atrakcyjny i już wzbudził w niej uczucie swoją troską. Jedyną metodą by go zatrzymać według bohaterki, jest ukrycie choroby.
Kobieta nie miała też łatwego dzieciństwa. To, że była chora spowodowało odtrącenie jej przez rodziców. Traktują ją jako osobę gorszą, nieudolną i tak naprawdę najchętniej oddali by ją do zakładu psychiatrycznego.

Od pierwszej chwili, kiedy zobaczyła go pochylającego się nad nią, leżącą przed jego samochodem, wiedziała, że nie pozwoli, aby ten mężczyzna zniknął z jej życia. W krótkim czasie stał się dla niej jedyną osobą, która mogłaby ją zrozumieć i pokochać taką, jaka jest, nie oczekując niczego w zamian. To miała na co dzień. Odkąd sięgała pamięcią rodzice stawali na głowie, żeby Marta stała się normalna, czyli taka jak oni i ich bogaci, wpływowi znajomi. I chwilami myślała, obserwując poczynania najbliższych, że to ona jest najbardziej normalna w tej rodzinie.
   Najgorsza była matka. To jej niespełnione ambicje zawiodła najbardziej. Matka urodziła ją zbyt wcześnie i nie zdążyła skończyć studiów, a co za tym idzie, nie rozwinęła skrzydeł w zawodzie lekarza, który wymarzył sobie dla niej ojciec.” s.138

W każdym momencie swojego życia Marta czuła, że jest sama, nieakceptowana, niekochana, niewpisująca się w schemat idealnej rodziny. Każdy związek z mężczyzną, jaki do tej pory usiłowała stworzyć, kończył się w podobny sposób – zerwaniem w nieprzyjemnych okolicznościach. Żaden z partnerów nie był w stanie poświęcić się dla niej, spróbować zrozumieć jej choroby i zawalczyć o wspólną przyszłość. A ona tylko chciała akceptacji i miłości. Obezwładniającej, parzącej przy każdym dotyku, pozbawiającej tchu i niosącej siłę do walki z codziennością.” s.240


Czy tym razem Marta odnajdzie miłość swojego życia? Czy Dawid będzie w stanie zaspokoić „głód miłości” naszej bohaterki?

Marta była miłością jej życia, ale czy to wystarczy, żeby podjąć ryzyko i związać się z nią w obliczu problemów, które będą ich dotykały na każdym kroku?” s.161

Koniecznie musicie przeczytać powieść, by poznać odpowiedź na powyższe pytania.


Głód miłości” to na pewno nie jest typowe romansidło, jakby sugerował tytuł. To świetnie napisana powieść z wspaniale wykreowanymi bohaterami, życiowymi sytuacjami i problemami. Książka, która wzbudziła we mnie wiele emocji i zostanie w mojej pamięci na bardzo długo.
Były w powieści osoby, które bardzo mnie denerwowały, wręcz momentami wzbudzały we mnie gniew.
Po pierwsze trudno było mi zrozumieć rodziców Marty. Ludzie wykształceni, po studiach medycznych, nie potrafią zrozumieć spektrum choroby swojej córki i w zamian serwują jej toksyczne dzieciństwo oraz dalsze życie. Wiem, że często jest tak, że w gronie swoich bliskich nasze wykształcenie nie przekłada się na nich, im nie pomagamy, bo zajmujemy się swoją karierą. Dążymy do zaspokojenia swoich potrzeb, a Marta nie mogła spełnić marzeń rodziców, więc została odstawiona na boczny tor. No, a najbardziej wkurzała mnie matka Marty, ona już swoim zachowaniem wobec córki, pokazała mi, że na matkę się kompletnie nie nadaje.

Drugą osobą, której zachowanie momentami mnie denerwowało, był Dawid. Też wykształcony człowiek, a nie domyślił się, że z Martą dzieje się coś nie tak, zwłaszcza, że widział nazwy leków jakie jej podawano. Odrzuca ją mimo, iż bardzo mu na niej zależy, nie próbuje jej nawet zrozumieć, a swoje problemy zatapia w alkoholu. Wiem, że gdy dowiedział się prawdy, szarpały nim emocje, trudno mu było podjąć decyzję. Z jednej strony prawdziwe uczucie, z drugiej lęk o to czy da radę żyć z osobą chorą psychicznie. Autorka świetnie pokazała nam z jakimi dylematami musi się zmierzyć bohater. Jak trudno jest mu podjąć decyzję i jak zwleka z jej podjęciem, jaki wtedy targają nim uczucia. Wręcz czuje się to napięcie wypływające ze stron powieści.

Bohaterami drugiego planu są przyjaciele Dawida. Młode małżeństwo wygląda na szczęśliwe i kochające się. Jednak szczęście jednak w pewnym momencie ich opuszcza. Tu też facet nie potrafi otwarcie przyznać się do swoich problemów, tylko ukrywa jej przed żoną i przyjacielem, co o mało nie doprowadza do tragedii. A przecież każda kochająca swego partnera kobieta, potrafi wyczuć, że coś jest nie tak.

Oczywiście, że coś było nie tak, w końcu znali się od tak dawna, że czytała w nim jak w otwartej księdze, ale przecież to niemęskie przyznać się, że coś go trapi, że jest jakiś problem. Uch! Mężczyźni są chwilami tacy beznadziejni!” s.97

Najbardziej jednak wyczuwalne w powieści jest cierpienie głównej bohaterki. Początkowo sam czytelnik nie wie, z jakim problemem zmaga się Marta. Jej zachowanie i nas zaskakuje, podobnie jak Dawida. Czasami możemy pomyśleć, że mamy do czynienia z wariatką, kobietą bawiącą się uczuciami mężczyzny. A przecież jest inaczej, o czym Marta stopniowo nas przekonuje, mówiąc o swoich odczuciach i potrzebach.

Marta poczuła, że traci grunt pod nogami, nie lubiła być zaskakiwana, wolała działać z wcześnie ustalonym planem, bo każda zmiana powodowała w niej lęk, a niejednokrotnie i agresję.” s. 82-83


Odkrywane są kolejne karty, coraz więcej wiemy o zaburzeniach kobiety, co zaczyna wzbudzać w nas zrozumienie i empatię.
Najlepiej chorobę opisuje doktor Witkowski, zajmujący się Martą:

- Choroba psychiczna. Ma zaburzenia, nie zawsze potrafi kontrolować swoje reakcje, czasem jest nieobliczalna, jej emocje stale się zmieniają, a jednocześnie, jak określił to doktor Witkowski, jest stabilna. Stabilna niestabilność. Czasem obiektem jej aktów jest ktoś znajdujący się w pobliżu, a czasem ona sama. Marta boi się odrzucenia, reaguje bardziej emocjonalnie niż zdrowy człowiek, i ma silną potrzebę miłości, głód miłości.” s.192

Głód miłości” to bardzo dobra powieść, mądra, pouczająca i skłaniająca do refleksji. Dopracowana w najmniejszym szczególe. Pełna emocji i pokazująca nam, że każdy z nas potrzebuje drugiej osoby, na którą zawsze może liczyć oraz prawdziwego uczucia - bezgranicznej miłości, potrafiącej pokonać wszelkie problemy.
Czyta się ją łatwo, bo nie jest pisana jakimś skomplikowanym językiem medycznym, choć temat nie taki prosty.

To moje drugie spotkanie z twórczością autorki i z czystym sumieniem mogę polecić Wam obie jej powieści. Ja już z niecierpliwością czekam na kolejną książkę.


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Replika.






środa, 18 stycznia 2012

Niezłomny - Laura Hillenbrand

Autor: Laura Hillenbrand
Tytuł: Niezłomny
Tytuł oryginalny: Unbroken: A World War II Story
Tłumaczenie: Anna Sak
ISBN: 978-83-240-1655-6
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2011
Stron: 440
Moja ocena: 5/6

"Byli głodni jak wilki. Zjedzenie czekolady przez Maca, które na początku wydawało się niezbyt istotnym powodem do zmartwień, okazało się katastrofą. Louie miał żal do Maca, który chyba o tym wiedział. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale Louie wyczuwał, że tamtego zżerają wyrzuty sumienia.
Z głodu piszczało im w brzuchach i doświadczali typowych objawów skrajnego wygłodzenia: nie mogli odwrócić myśli od tematów związanych z jedzeniem. Wpatrywali się w ocean, niemalże falujący od jadalnych stworzeń, ale bez przynęty nie mogli złowić nawet płotki. Od czasu do czasu przelatywał ptak, zawsze jednak poza ich zasięgiem. Rozbitkowie oglądali swoje buty i zastanawiali się, czy dałoby się zjeść skórę. Zdecydowali, że jednak nie."

Laura Hillenbrand urodzoną  w 1967 roku pisarkę, czytelnicy poznali dzięki książce o najsłynniejszym koniu wyścigowym "Seabiscuit". Na Polskim rynku ukazała się niedawno jej najnowsza powieść "Niezłomny". Opowiada na o Louisie Zamperinim - amerykańskim biegaczu długodystansowym i żołnierzu, który pokonał wszelkie niedogodności w swoim życiu, nigdy się nie poddał.
Praca nad książką zajęła autorce siedem lat. Podczas niej korzystała z różnych źródeł informacji m.in rozmawiała z olimpijczykami, jeńcami wojennymi i pilotami; sięgnęła do dokumentacji wojskowej. Rozmawiała z rodziną bohatera, która dostarczyła jej wiele listów, pamiętników i fotografii. Jednak najwięcej informacji autorka uzyskała od samego Louisa Zamperiniego. Przeprowadziła z nim ponad siedemdziesiąt wywiadów. Dlatego czytając książkę można wierzyć w autentyczność opisanych wydarzeń, choć czasami wydają się nam one nieprawdopodobne. Dlaczego?
Louis Zamperini urodził się 26 stycznia 1917 roku w Ameryce. Jego rodzina pochodziła z Włoch. Od najmłodszych lat miał w sobie ogromne pokłady energii. Początkowo wykorzystywał ją w nieco niecnych zamiarach. Szybkość i zwinność potrzebna mu była do ucieczek po drobnych kradzieżach. W domu się nie przelewało, więc Loius często kradł jedzenie ze sklepów oraz domów mieszkańców miasteczka. Do innego spożytkowania talentu, bohatera namówił brat Pete. I tak Louis zaczął biegać w szkolnej reprezentacji. Uzyskiwał coraz lepsze wyniki, wygrywał kolejne zawody, pokonując starszych od siebie kolegów. W wieku 19 lat - jako najmłodszy reprezentant USA, wystąpił na mistrzostwach lekkoatletycznych w Berlinie. Mimo, iż wtedy nie zdobył złota wiedział, że na następnej Olimpiadzie ten medal będzie w jego zasięgu. Niestety plany jego pokrzyżowała  wojna. Zamperini wstąpił do wojska. Służył w lotnictwie latając na bombowcu B-24. Uczestniczył w wielu misjach bojowych, z których nie raz wracał cudem do bazy. Jednak szczęście go w końcu puściło. Podczas akcji poszukiwawczej innego samolotu, jego bombowiec uległ katastrofie. Było to w maju 1943 roku. Z katastrofy ocalało trzech lotników, jednak jeden z nich potem zmarł. Pozostała przy życiu dwójka przez 47 dni dryfowała po oceanie, broniąc się przed rekinami, unikając ostrzeliwaniu przez japońskie bombowce i opierając się szalejącym sztormom. Głodni, wyczerpani, prawie przeźroczyści dotarli wreszcie do japońskich wysp, gdzie trafili do niewoli. Początkowo japończycy traktowali ich jak bohaterów, gdyż trudno im było uwierzyć, że tak długo można wytrwać dryfując po oceanie. Niestety każdy kolejny obóz jeniecki do którego trafiał Zamperini był coraz gorszy. Czasami wydawało mi się, że lepsze życie było na tratwie, wśród rekinów niż w japońskiej niewoli. Nie chcę przytaczać całej historii życia bohatera książki, by nie zniechęcać do zapoznania się z nią.
Książkę przeczytać warto. Wspaniale opisana historia życia Louisa Zamperiego zapiera dech, a lekkość pisania autorki zachęca do dalszej lektury. Książka została podzielona na pięć rozdziałów. Każdy z nich opisuje inny okres z życia bohatera. Na końcu książki autorka przedstawiła bogatą bibliografię (źródła) z której korzystała przy pisaniu książki. Całość zilustrowana jest wieloma fotografiami udostępnionymi m.in przez samego Zamperiniego. Autora skupia się w swojej powieści nie tylko na samej biografii bohatera, przedstawia również okrucieństwo II wojny światowej i wpływ wojny na psychikę wielu ludzi, którym udało się ją przetrwać. Mi osobiście pozwoliła poszerzyć trochę swoją wiedzę w tej tematyce.
"Niezłomny" wywarł na mnie ogromne wrażenie. Wiem, że nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich szczegółów z życia tego człowieka, ale na pewno dla mnie jest on osobą o nieodpartej chęci życia, niezłomną, odważną i niepokonaną. Osobą, którą warto naśladować - no może nie we wszystkim - i o niej pisać.
Idealny bohater świetnego filmu, który ma powstać na podstawie tej książki.
Serdecznie polecam lekturę "Niezłomnego".

Zajrzyj do książki "Niezłomny"


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

wtorek, 13 grudnia 2011

Kiki van Beethoven - Eric-Emmanuel Schmitt


Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Kiki van Beethoven
Tytuł oryginalny: Quand je pense que Beethoven est mort alors que tant de cr`etins vivent
Język oryginalny: francuski
Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak – Wszelaki
ISBN: 978-83-240-1642-6
Wydanie: I
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2011
Stron: 147
Moja ocena: 5/6

„Powiedzmy to sobie otwarcie: wspólne mieszkanie z Beethovenem nie okazało się łatwe, bo gość ma ciężki charakter, twarde przekonania, mówi, krzycząc, no i nie słyszy. Na początku tylko go słuchałem, zgadzałem się z nim, byłem mu posłuszny. To był najlepszy okres. Przez te lata wiele wniósł do mojego życia, przede wszystkim taką zasadniczą kwestię: nauczył mnie siły myślenia.” s. 75

To nie jest moje pierwsze spotkanie z twórczością Erica-Emmanuela Schmitta i na pewno nie ostatnie. Książki tego autora zawsze mnie zachwycają, zaskakują i pozwalają odkryć „prawdy” naszego życia. I tym razem spotkanie z twórczością tego autora było udane, zwłaszcza, że wzbogacone piękną muzyką Beethovena z dołączonej do książki płyty.
Książka „Kiki van Beethoven” została podzielona na dwie części. Obie jednak łączy ze sobą postać wielkiego muzyka. W pierwszej części spotkacie się z Kiki – kobietą, która dzięki muzyce Beethovena pogodziła się ze swoją synową i samobójczą śmiercią syna.
Kiki jest leciwą kobietą mieszkającą w domu starców.  Nie ma już żadnej rodziny. Jej mąż zmarł parę lat temu, a syn popełnił samobójstwo o co obwinia ona swoją synową. Najbliższymi jej osobami są mieszkanki „Rezydencji pod Liliami”: Candie, Zoe i Rachel. Uwielbiają wspólnie siedzieć w kawiarni, jeść lody i godzinami śmiać się z ludzi.  
Pewnego dnia Kiki kupuje w antywariacie maskę Beethovena. Od tej pory w jej życiu dochodzi do wielu zmian. Zaczyna wspominać swoje życie. Niestety wspomnienia te są bardzo bolesne i nasza bohaterka musi się z nimi pogodzić, stawić im czoła. Lecz nie tylko ona. Rachel wyjeżdża do miejsca gdzie zginęli członkowie jej rodziny – Auschwitz.
„- Słyszę go jak dawniej, lepiej niż dawniej, bo tu przyjechałam, bo zanurzyłam się w naszej strasznej przeszłości. Aż do wczoraj uciekałam, unikałam szoku. To właśnie to, kochanie, odbierało głos maskom Beethovena. Chronimy się przed tym, co tragiczne, nie chcemy wiedzieć, wolimy zapomnieć. Nie mogąc zmierzyć ogromu cierpienia, nie możemy też ocenić odwagi. Ponieważ unikamy ciszy, nie słyszymy muzyki, która się z niej odradza.” s. 32
Dzięki masce Beethovena – Zoe, która nigdy nie mogła złapać faceta została tajemniczą autorką listów podpisującą się Daleka, Nieuchwytna.
Kiki też rozwiąże swoje problemy. Ale o tym już przeczytajcie w najnowszej powieści Schmitta
W drugiej części „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…” poznacie już samego autora i to jaki wpływ na jego życie miał ten wielki kompozytor. Jego refleksyjna opowieść o tym jak muzyka poważna wpłynęła na jego prywatne życie i twórczość.
„W chwilach życiowego zamętu słuchałem III Symfonii lub Sonaty Księżycowej, a zwłaszcza jej zakończenia… Triumfalnymi arpeggiami, wytryskującymi akordami, zwycięskimi uderzeniami Beethoven wlewał we mnie swoją niewiarygodną energię, odnawiał moje siły, przywracał mi apetyt, werwę, pragnienie, radość.” s. 83
 Autor wspomina jednak nie tylko o tytułowym kompozytorze, przypomina też twórczość Mozarta, a to już skojarzy się Wam na pewno z innym jego dziełem „Moje życie z Mozartem”. Zresztą wiele mam skojarzeń z tamtym dziełem, może dlatego druga część książki już mnie tak nie urzekła jak pierwsza.
Jednak zawsze znajdę w powieściach tego autora jakieś mądre zdania, które dają mi do myślenia i to cenię w jego książkach.
„Bohaterstwo nie polega na zemście, ale na zdobywaniu siły, aby żyć, godzina po godzinie, dzień po dniu” s. 31
Myślę, że książka jest warta przeczytania, ale nie polecałabym jej osobą, które z twórczością tego autora nigdy wcześniej nie miały do czynienia. Boję się, że mogłyby się zrazić do jego sposobu pisania, a uważam, że jest to autor godny poznania i pokochania. Na zakończenie jeszcze jeden cytat:
„- Jeżeli chce się spokojnie żyć, lepiej trzymać się z daleka od piękna; inaczej przez kontrast, dostrzega się mizerność życia, jego zerową wartość. Słuchać Beethovena to jak założyć buty geniusza i zdać sobie sprawę, że mamy inny rozmiar.” S. 19

Do książki można zajrzećKliknij


Zapraszam również do obejrzenia wywiadu z autorem, opowiada on między innymi o "Kiki..."
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=XqQoPv6sdtU
I swoich innych książkach

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=GLd9FUym84k

Przepraszam, że tylko linki, ale jeszcze nie opanowałam techniki wrzucania filmików na bloggera

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova


piątek, 9 grudnia 2011

Podróże małe i duże czyli jak zostaliśmy światowcami.


Autor: Wojciech Mann, Krzysztof Materna
Tytuł: Podróże małe i duże czyli jak zostaliśmy światowcami.
ISBN: 978-83-240-1855-0
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Stron: 270
Moja ocena: 6/6

„Wojciech Mann opisuje Krzysztofa Maternę
Nie podoba mi się wygląd Krzysztofa Materny, ponieważ nie jest on kobietą ani drzewem, ani niektórymi budynkami. Nie da się jednak długo pracować z kobietami, drzewami czy budynkami, a z Krzysztofem Materną, jak się okazało, można. Choć z ostrożna. Krzysztof Materna wygląda trochę jak posunięty w latach bocian: jest dosyć elegancki, dużo rusza dziobem i udaje, że ma ciągle dobry wzrok.” s.10
Bardzo lubię czytać książki biograficzne. Gdy w zapowiedziach Znaku zobaczyłam zapowiedź książki „Podróże małe i duże…” wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Przecież bohaterów tej książki widzę parę razy w ciągu dnia w reklamie pewnego banku i zawsze wywołują oni uśmiech na mojej twarzy.
Nie kryję, że czytając książkę również śmiałam się momentami do łez.
Któż z nas nie pamięta program MdM, lub choć raz nie oglądał Szansy na sukces prowadzonej przez Wojciecha Mana – specjalistę w dziedzinie muzyki.
Wojciech Mann i Krzysztof Materna w swojej pierwszej wspólnej biografii przedstawiają czytelnikom zapiski ze swoich podróży w różne zakątki świata. Wyjazdy te odbywały się na przełomie kilkunastu lat. Czasami wyjeżdżali razem, czasami osobno. Jednak jest to opowieść nie tylko o pięknych miejscach i pasjonujących przygodach. To także opowieść o przyjaźni między dwoma tak różnymi osobowościami.
Panowie MM wspominają miedzy innymi ich wspólny rejs statkiem „Stefan Batory” i to jak trudno było ułożyć repertuar na występy, tak by zadowolić wymagającą publiczność składającą się z osób pływających na statku jedynie w celach handlowych. Ich pobyty w Stanach Zjednoczonych, Meksyku czy Tunezji. Ich podróże po Europie zarówno na zachód jak i wschód.
Opowieści Manna i Materny przeplatają się. Czasami uzupełniają swoje wspomnienia, czasami wtykają się w wypowiedź drugiej osoby z jakimś żartem czy sprostowaniem. Opowiadają o swoich podróżach widzianych oczami każdego z nich osobno.
Książka jest bogato ilustrowana fotografiami, dzięki czemu łatwiej nam wyobrazić sobie przygody artystów. Znajdziecie w niej opisy przezabawnych tarapatów w jakich się znaleźli Panowie Mann i Materna. Opowieści o życiu w innym kraju w czasach gdy w Polsce był stan wojenny, a wiele produktów można było kupić tylko na kartki lub za dolary w Pewexie. Bohaterowie muszą pokonywać swoje własne słabości, ale również bariery kulturowe.
„Podróże małe i duże… czyta się bardzo fajnie. Nie zawiodą czytelnika, który chce poznać poza telewizyjne życie obu Panów, przypomnieć sobie czasy lub poznać życie w PRL-u. To jak trzeba było kombinować by coś zarobić.
Wszystkich tych którzy lubią poczucie humoru Manna i Materny zachęcam do lektury. Na pewno uśmiechniecie się przy tej książce nie jeden raz.





Przypominam, że książka jest do wygrania u mnie Rozdawajka ze Znakiem zapisy jeszcze tylko do jutra !!!

Zapraszam również do skorzystania z ciekawej propozycji wydawnictwa Znak - Wyszukiwarki prezentów.
Dzięki temu narzędziu można wybrać książkę dla mamy, taty, siostry, brata itd. za pomocą mechanizmu. Można też wyniki publikować na fb i podpowiedzieć komuś wymarzoną książkę.
Polecam!!!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak

środa, 9 listopada 2011

Zapach spalonych kwiatów - Melissa De La Cruz

Autor: Melissa De La Cruz
Tytuł oryginalny: The Witches of East End
Język oryginalny: angielski
Tłumaczenie: Ewa Polańska
Wydawnictwo: Znak Literanova
ISBN: 978-83-240-1663-1
Rok wydania: 2011
Stron: 303
Moja ocena: 5/6
„Miłość to zupełnie coś innego – jest skomplikowana. Czarownica nie przygotowała się na to, by ją czuć do dwóch mężczyzn równocześnie i nie chciała myśleć, co to oznacza. Nie miała wątpliwości co do swoich uczuć do Brana, ale teraz pojawił się Killian i w krótkim czasie stał się jej bardzo bliski.” S. 164
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Melissy De La Cruz, mimo, iż na półce od dawna czeka seria „Błękitnokrwiści”. Autorka bardzo przypadła mi do gustu i pewnie wkrótce sięgnę po jej kolejne książki.
Akcja powieści „Zapach spalonych kwiatów” toczy się w niewielkiej miejscowości położonej na skraju Atlantyku – North Hampton. Miasteczko niczym nie różni się od innych miejscowości. Zamieszkują je zwykli ludzie na co dzień zajmujący się rolnictwem i rybołówstwem. W miasteczku tym mieszkają również bohaterki powieści Joanna Beauchamp i jej dwie córki Ingrid i Freya. Z pozoru niczym nie różniące się od innych. Ingrid pracuje w bibliotece, Freya jako barmanka, Joanna zajmuje się domem. Jednak wszystkie skrywają tajemnice – są czarownicami i są nieśmiertelne. Niestety zakazem Rady nie mogę używać swojej magii. Muszą żyć w śródświeciu i nie wyróżniać się wśród mieszkańców.
„Powiedziano Beauchampom, że jeśli dalej chcą żyć w śródświecie, każda z czarownic musi przystosować się do nowych warunków: do wyroku ograniczającego magiczne moce. Oznaczało to, że nie będą mogły dłużej uprawiać magii bez ryzyka kary i oskarżenia ze strony rady. Miały żyć jak ludzie, prowadzić życie tak zwyczajne jak to tylko możliwe. Nie mogły zwracać nadmiernej uwagi otoczenia, co mogłoby grozić odkryciem ich tożsamości. Jeśli chciały przetrwać w śródświeciu, musiały się zgodzić na życie w cieniu.” S.243
Jednak życie w ukryciu nie było w naturze kobiet, zwłaszcza w naturze najbardziej zbuntowanej z nich – Freyi. To ona pierwsza złamała zakaz i zaczęła używać magii. Pozornie nie robiła nic złego. W barze, w którym pracowała, zaczęła serwować napoje (drinki) o miłosnym działaniu. Chciała pomóc odnaleźć się dwóm zbłąkanym sercom. Zwłaszcza, że miała szczególną zdolność odczuwania emocji jakie kryją w sobie ludzie przychodzący do baru. Znała ich myśli i pragnienia.
W ślad siostry poszła Ingrid. Nie mogła dłużej patrzeć na starania swojej przyjaciółki by zostać matką. Postanowiła za pomocą specjalnych magicznych węzłów pomóc jej. Gdy wieść o tym, że Tabitha spodziewa się dziecka i zawdzięcza to właśnie Ingrid, do bibliotekarki o pomoc zaczęło się zwracać coraz więcej kobiet.
Joanna też nie potrafiła żyć bez magii. Wykorzystywała je w szczególności w domowych pracach np. ratowała przypalone ciasto.
Wkrótce jednak w spokojnym miasteczku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Martwe zwierzęta, bezpłodność kobiet i dziwna mazista substancja wydobywająca się z dna morza to pierwsze symptomy nadchodzącego nieszczęścia. Czarownice próbują rozwiązać zagadkę tych nieszczęść. Niestety sytuacja pogarsza się, gdy pewnego dnia ginie młoda dziewczyna, a burmistrz miasta popełnia samobójstwo. Wszystkie znaki wskazują na to, że zamieszane w to wszystko są panie Beauchamp. Jak się zakończy cała historia przeczytajcie w „Zapachu spalonych kwiatów”, pierwszym tomie cyklu Ród Beauchamp.
Książkę czyta się bardzo fajnie. Wciągająca od pierwszych stron. Autorka powoli pobudza ciekawość czytelnika, coraz bardziej rozwijając akcję i pozwalając nam poznać kolejne szczegóły z przeszłości bohaterek. Nadprzyrodzone zdolności kobiet wspaniale komponują się z życiem codziennym miasteczka. Bardzo fajnie scharakteryzowane zostały postacie powieści. Od razu widać kto jest tutaj czarnym charakterem, komu można zaufać a komu nie.
Melissa De la Cruz w swojej nowej powieści bardzo fajnie rozwinęła wątek miłosny. Freya wkrótce ma wyjść za mąż za Brana, jednak bardziej pociąga ją seksualnie jego brat Killian. Z nim przeżywa największe uniesienia seksualne, których opisami raczy nas autorka. Stąd w odróżnieniu od poprzednich powieści pisarki, ta jest przeznaczona dla osób dorosłych. Uważam jednak, że nie jest to jakiś wielki erotyk, i pewnie młodzież w dzisiejszych czasach raczy się bardziej szczegółowymi opisami rozkoszy miłosnych niż te przedstawione w „Zapachu spalonych kwiatów”
Zachęcam do przeczytania powieści. Bohaterek nie da się nie polubić. Ja z niecierpliwością czekam na kontynuację powieści, bo szczerze przyznam, czuję mały niedosyt jeśli chodzi o zakończenie. Wiem, że to taki typowy trik pisarski i zapowiedź kontynuacji, ale ja chciałabym już dziś wiedzieć co dalej…
Zostaje mi cierpliwie czekać.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

Polecam również zapowiedź książki:
Trailer

poniedziałek, 31 października 2011

Biała jak mleko czerwona jak krew - Alessandro D`Avenia

Autor: Alessandro D`Avenia
Tytuł: Biała jak mleko czerwona jak krew
Tytuł oryginalny: Bianca come il latte, rossa come il sangue
Tłumaczenie: Alina Pawłowska
ISBN: 978-83-240-1653-2
Wydanie: I
Rok wydania: 2011
Stron: 309
Wydawnictwo: Znak Literanova
Moja ocena: 5,5/6
„Dzisiaj zacznę pisać. Muszę utrwalić wszystko, co przeżyłem, by nigdy tego nie zapomnieć. Nie wiem, czy mi się uda, ale przynajmniej raz chciałbym się do czegoś porządnie przyłożyć. Będę pisał ołówkiem… Nie, lepiej długopisem z czerwonym wkładem. Czerwonym jak krew, czerwonym jak miłość – nie ma odpowiedniejszego tuszu do zapisywania białych kart życia. Warto pamiętać tylko to, co zapisane krwią. Krew nie popełnia błędów, więc nikt nie będzie nanosił poprawek. Biel tych stron nie robi już na mnie wrażenia; zawdzięczam to Beatrice, tej, która była biała jak mleko i czerwona jak krew.” S.304

Są powieści, które na długo pozostają w pamięci. Są takie książki, które zmuszają nas do przemyśleń. „Biała jak mleko czerwona jak krew” do tego typu książek należy.
Bohaterem powieści i zarazem jej narratorem jest Leo. Zwykły, zbuntowany 16-nastolatek. Uczęszcza do trzeciej klasy liceum, uwielbia grać w piłkę nożną, słuchać muzyki i spędzać czas z przyjaciółmi. Wraz z kolegami bierze udział w międzyklasowych rozgrywkach sportowych. Ich zespół nazywa się Piraci. Po szkole spotyka się ze znajomymi na przystanku pod szkołą. Jego najbliższą przyjaciółką jest Silvia. Ma psa – jamnika o imieniu Terminator. Leo przechodzi typową dla swojego wieku huśtawkę hormonalną, bunt nastolatka. Anty nastawiony do nauczycieli i szkoły, zbuntowany przeciwko dorosłym.
„Podzieliłem się dzisiaj moimi problemami z Terminatorem. Tak, bo przekonałem się wielokrotnie, że o ważnych sprawach nie warto rozmawiać z dorosłymi. Najczęściej nawet nie słuchają ale kwitują: „Nie myśl o tym, zobaczysz, że to wkrótce minie bez śladu”. Nie rozumieją, że jeżeli zwracam się do nich z jakimś problemem, robię to dlatego, że problem nie mija. Od dorosłych można się też spodziewać serii stwierdzeń rozpoczynających się od słowa „kiedyś”: „Kiedyś to zrozumiesz” albo „Kiedyś będziesz miał własne dzieci i wtedy…” albo „Kiedyś, jak będziesz pracował…”. …s.55
Najważniejszą jednak zmianą w jego życiu jest pierwsza miłość. Gdy po raz pierwszy zobaczył piękną rudowłosą Beatrice wiedział, że będzie jego urzeczywistnieniem marzeń. Nie ma jednak tyle odwagi by podejść do dziewczyny i wyznać jej swoje uczucia. Z pomocą przychodzi mu przyjaciółka, która zdobywa dla niego jej numer telefonu komórkowego. Jednak miłość jego życia nie odpowiada na smsy, dlaczego? Chłopak nie czuje się z tym dobrze, opuszcza się w nauce, zaczyna wagarować. Pewnego dnia Beatrice nie pojawia się w szkole. Okazuje się, że jest w szpitalu. Stwierdzono u niej białaczkę. Leo postanawia oddać dla niej krew, by ratować jej życie. Dla niej zrobiłby wszystko. Pisze do niej list, w którym wyznaje jej swoje uczucia i opowiada o swoim poświęceniu. Gdy jedzie na swoim skuterze oddać jej list, wpada pod samochód. Wypadek jest na tyle poważny, że na dwa miesiące musi zostać w szpitalu. W tym samym szpitalu, leży Beatrice. Kolejna chemioterapia nie przynosi zamierzonego rezultatu. Dziewczyna jest słaba, straciła włosy i radość życia. Leo postanawia skorzystać z okazji i tym razem oddać jej list osobiście. Czy mu się uda? Czy spełni swoje marzenie o wspólnym życiu z Beatrice?
„Biała jak mleko czerwona jak krew” to wspaniała książka, pełna pięknych słów na temat miłości, życia, marzeń i oddania drugiej osobie.
„Ale miłość to coś innego. Miłość nie daje spokoju. Miłość jest bezsenna. Miłość obdarza siłą. Miłość jest szybka. Miłość jest jutrem. Miłość to tsunami.
Miłość jest czerwona jak krew” s. 105
Autor wspaniale przekazuje nam uczucia młodego chłopaka. Jego cierpienie i uniesienie na skrzydłach miłości. Wspaniale nakreśla nam też postać chorej na białaczkę dziewczyny. Jej nastawienie do życia i przygotowanie się na opuszczenie najbliższych. Zmagania Beatrice z chorobą i to jak pomocna jest wówczas rozmowa z drugą osobą. Podziwiam młodą dziewczynę, za jej nastawienie do zbliżającej się śmierci. Dla mnie jest to w tej chwili nie do pomyślenia, a co dopiero, gdy ma się naście lat i całe życie przed sobą.
 Poznajemy też znaczenie przyjaźni. Silvia wspiera we wszystkich poczynaniach Leo. Pomaga mu zbliżyć się do Beatrice, pomaga napisać mu list do niej. Wkrótce przekonamy się, że nie jest to tylko przyjaźń. Ale Leo, zaślepionego miłością do umierającej rudowłosej piękności, nie widzi tego. Widzi to jednak sama Beatrice.
„-Kiedy mówisz o Silvii, oczy błyszczą ci jak gwiazdy. Beatrice często mówi niesamowite rzeczy z prostotą dziecka, które prosi o ciasteczko. Milczę i czuję się jak ktoś, kogo potraktowano niesprawiedliwie i kto nic nie może zrobić, by się bronić. Ja nie mogę pokochać Silvii, mogę kochać tylko Beatrice, i to właśnie od niej słyszę, że błyszczą mi oczy, gdy opowiadam o Silvii” s.252
Książka pozwala nam zrozumieć, jak ważny jest wybór, drugiej połówki. Osoby z którą chcemy spędzić resztę swojego życia. Jak ważne jest oddanie drugiej osobie, bycie z nią nie tylko w tych dobrych chwilach. Bo jeśli kogoś kochamy naprawdę to jesteśmy z nim zawsze w zdrowiu i chorobie, na dobre i na złe.
„Jeżeli masz kogoś, kto cię kocha także wtedy, gdy jest z tobą niewesoło, kogoś, kto znosi twój niemiły zapach, to znak, że dobrze zainwestowałeś w życiu. Tylko ten, kto lubi twój zapach, kocha cię naprawdę i może ci dać siłę i pogodę ducha. Nie ma lepszego sposobu na cierpienia, które spotykają nas w życiu” s.111
Książkę serdecznie polecam. Na pewno każdy znajdzie w niej coś dla siebie. I choć początkowo Leo denerwował mnie swoim podejście do życia (moje zachowanie typowe dla dorosłej osoby) po przeczytaniu książki doszłam do wniosku, że to fantastyczny facet, wrażliwy i pełen pozytywnych uczuć dla innych. Warto pamiętać, że:
„Życie idzie zawsze do przodu, czy tego chcesz, czy nie, muzyka gra, a ty możesz najwyżej przyciszyć ją lub pogłośnić. I musisz do niej tańczyć najlepiej, jak potrafisz” s. 183

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

Przypominam również, że od 28 października działa strona promująca książkę, na której znajdziecie wiele interesujących konkursów, serdecznie zapraszam więc do jej odwiedzenia www.bialajakmleko.pl

niedziela, 30 października 2011

Niestety wszyscy się znamy - Bohdan Smoleń, Anna Karolina Kłys

Autor: Bohdan Smoleń, Anna Karolina Kłys
ISBN: 978-83-7515-183-1
Wydanie: I
Rok wydania: 2011
Stron: 263
Wydawnictwo: Otwarte
Moja ocena: 5/6
„Teraz o kabarecie nikt, nie pamięta, wszyscy myślą, że „Pod Budą” to zespół muzyczny. Może warto przypomnieć, że zespołu „Pod Budą” nie stworzył Andrzej Sikorowski – on ten zespół dostał w spadku, po Kabarecie. I dobrze o ten spadek zadbał.” S.63

Bardzo lubię czytać książki biograficzne, dlatego gdy zobaczyłam w zapowiedziach wydawniczych Wydawnictwa Otwarte książkę o Bohdanie Smoleniu, wiedziała, że muszę ją przeczytać.
Bohdan Smoleń urodził się 9 czerwca 1947 roku w Bielsku. Jest znanym aktorem, kabareciarzem, a nawet piosenkarzem. Ja jednak najbardziej lubię go w roli Listonosza Edzia w serialu „Kiepscy”. Książka „Niestety wszyscy się znamy” powstała podczas sześciu spotkań dziennikarki radiowej i telewizyjnej Anny Karoliny Kłys z bohaterem. Podczas szczerych rozmów dowiadujemy się wielu szczegółów z życia pana Smolenia. Opowiada on nam o swoich węgierskich korzeniach, losach jego rodziny (ciotek, wujków, dziadków) w czasie II wojny światowej. Poznajemy jego dzieciństwo, które nie należało do najszczęśliwszych. Ojciec „udawał”, że pracuje, a na młodym Bohdanie i jego siostrze spoczął obowiązek zajmowania się sparaliżowaną matką i domem. Sprawiło to, że szybko wydoroślał. Wielu z nas nie wie pewnie, że Bohdan Smoleń skończył Wyższą Szkołę Rolniczą na wydziale zootechniki. Tam też powstał pierwszy Kabaret „Pod Budą”. Szybko stał się on bardzo popularny. Rozpoczęła się współpraca z Estradą Lubelską i liczne programy objazdowe. Bohdan Smoleń występował w nim do 1977 roku.  Potem rozpoczęła się kariera w Kabarecie Tey i współpraca z Estradą Poznańską. Praca kabareciarze w czasach komuny nie należała do najłatwiejszych. Każdy skecz musiał przejść przez cenzurę, a gaża nie zależała od ilości sprzedanych biletów (a sale pękały w szwach), a była stała – ilość spektaklów. Ciężkie życie showmana, z daleka od żony i dzieci sprawiło, że Smoleń nie gardził alkoholem. Zresztą każdy chciał się napić ze sławą estrady. Do tego liczne bankiety i kobiety, które pchały się każdemu artyście do łóżka. A jak odmówić kobiecie, gdy  sama chce. W książce znajdziemy wiele tekstów, które powstały w tamtych czasach i wiele ciekawych fotografii. Autor bez ogródek opowiada o współpracy z Zenonem Laskowikiem, oraz o tym jak wyglądały zagraniczne wyjazdy Kabaretu. Gdy czyta się takie wspomnienia, trudno sobie to wyobrazić. Moje pokolenie pamięta kartki na mięso, buty, puste półki sklepowe i kolejki po kawę, ale nie zdawałam sobie sprawy, że w świecie artystycznym też było ciężko. Choć jak wspomina bohater książki i tak lepiej mu się żyło niż zwykłemu robotnikowi.
Bohdan Smoleń opowiada też dużo swojej rodzinie. O tym jak poznał swoje żony i swoich dzieciach. Nie brakuje w książce i przykrych momentów życia Pana Bohdana – samobójczej śmierci jego syna Piotra i pierwszej żony Tereski. Poznamy jego teraźniejsze życie i zmagania z chorobami. Dowiemy się też o Fundacji Stworzenia Pana Smolenia zajmującą się hipoterapią dzieci dysfunkcyjnych z małych miejscowości i wsi.
Książkę czytało mi się wspaniale, pozwoliła mi ona poznać dokładniej satyryka. Przekonać się, że za dowcipną Pelagią czy satyrycznym Panem Edziem kryje się wrażliwy człowiek o dobrym sercu. Szczególnie widać to gdy jedno ze spotkań odbywa się po 10 kwietnia 2010 roku po tragedii Smoleńskiej. Widzimy wtedy łzy w oczach Pana Smolenia.
To co bardzo podobało mi się w książce to to, że każde spotkanie poprzedza wstęp Pani redaktor o omawianym okresie życia. Możemy potem dostępne fakty porównać ze słowami – odpowiedziami na pytania – Bohdana Smolenia. Książkę wzbogacają liczne zdjęcia z prywatnej kolekcji aktora.
„NIESTETY WSZYSCY SIĘ ZNAMY” na pewno zasługuje na uwagę. Ładnie wydana w twardej oprawie, przyjazna dla oka czcionka i liczne fotografie na kredowym papierze. Świetna książka nie tylko dla fanów Bohdana Smolenia.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Otwarte